,,Dawno dawno temu za górami za lasami, żyła sobie mała dziewczynka, nie wyróżniałaby się niczym szczególnym pośród rówieśników, gdyby nie fakt, że posiadała skrzydła. Jedno było białe, w dotyku przypominało aksamit,drugie było czarne niczym atrament i szorstkie jak papier ścierny, jednak oby dwa były tak samo potężne. Czasami jej oczy zmieniały kolor na czarny, wpadała wtedy w furie i zabijała. Została wyklęta, ludzie się jej bali, nazywali ją demonem. Jej szał był dla niej niezrozumiały, nikt nie znał jego powodu, poza królem piekieł i królową nieba. Dziewczynka była ich dzieckiem, narodziła się gdy Lucyfer był jeszcze aniołem. Wybrała ziemie zamiast królestwa niebieskiego, jednak nie została zesłana, uciekła na własną rękę w wieku czterech lat. Wraz z upadkiem ojca jej skrzydło poczerniało. Ten opętywał ją, chciał przejąć władze nad jej ciałem i zaciągnąć ją do piekła. Nie pozwoliła na to Gabriela, to dzięki niej mała anielica została na ziemi i błąka się po niej od milionów lat"
***
Evangeline obudził głos Loane, ta niewiadomo czemu przeczytała jej dobrze znaną baśń o dziecku piekła i nieba. Każdy anioł i demon ją znał, była powtarzana przez tyle lat. Nikt nie wiedział ile w tym prawdy, odbyły się liczne poszukiwania dziecka, ale żadne nie przyniosło skutku. Oczywiście istniała możliwość, że dziewczyna straciła skrzydła i wtopiła się w tutejszą społeczność, ale była bardzo niewielka.
- Po co mi to przeczytałaś? - zapytała zmieszana Vange.
Loane udała zakłopotanie, widać było, że dobrze się bawi.
- Oh skarbie, wydaje mi się, że ta opowieść w tej sytuacji jest bardzo na miejscu. - wybuchła śmiechem i odeszła, zostawiając ją samą w pokoju.
Dziewczyna nie miała pojęcia o co jej chodziło, blondynka była po prostu dziwna. Evangeline zbyt bolała głowa by się nad tym zastanawiać. Spojrzała na swoje ręce, cała lepiła się od brokatu.Wydarzenia minionego wieczoru napłynęły do jej umysłu niczym fala, ostatnim co pamiętała były silne ramiona Dastana, który zaniósł ją do przeznaczonego jej pokoju. Jak się okazało upadli mieli swoją posiadłość w środku lasu, z dala od wścibskich spojrzeń. Było jeszcze wiele wolnych pomieszczeń, na wypadek kolejnych zesłań. Wszyscy mieszkali tam, oprócz lidera, który miał swój dom w centrum miasta, tak przynajmniej jej powiedzieli. Nie wiedziała co ma myśleć o tym wszystkim, sądziła że Loane będzie na nią co najmniej zła, przecież to przez nią zdarzenia potoczyły się tak. Powinna zaleźć Leo i z nim pogadać, nigdy w życiu się nie upiła. Miała nadzieje, że inni nie są na nią źli, nie chciała zepsuć tej imprezy. Postanowiła, że wstanie i pójdzie kogoś poszukać. Założyła klapki leżące obok jej łóżka i wyszła z pokoju. Miała na sobie sukienkę z wczorajszego wieczoru, wciąż połyskiwała złotem. Zamknęła drzwi najciszej jak potrafiła i ruszyła przed siebie. Miała skręcić w jedno z rozwidleń korytarza, gdy nagle usłyszała głosy dobiegające z pokoju obok niej. Nie chciała nikogo podsłuchiwać, to nie była jej sprawa. Jednak ciekawość wzięła górę, prawie przytuliła się do drzwi i starała oddychać jak najciszej.
- Nie mamy dużo czasu, musisz się spieszyć. - powiedział niski męski głos, dziewczyna była pewna, że już kiedyś go słyszała. Może gdyby nie była tak wykończona rozpoznałaby go.
Bardzo chciała zajrzeć przez szparę w drzwiach, ale ryzyko było zbyt duże.
- Jak ma się spieszyć skoro każdy ciągle mnie obserwuje? Nie mogę nic zrobić, ci idioci nie opuszczają jej na krok. - wysyczała Loane, Evangeline cudem ją zrozumiała.
Nastała niezręczna cisza, dziewczyna myślała, ze skończyli już rozmowę, chciała się jak najszybciej zmyć. Wtedy poczuła rękę na swoim biodrze, cudem udało jej się zdusić krzyk. Obróciła głowę i wydała ciche westchnienie. Leo położył palec na jej ustach, dając jej znak, żeby był cicho po czym sam przycisnął się do drzwi.
- Kiedyś wydawałaś się sprytniejsza. - był zirytowany, nawet tego nie ukrywał. Chciał dopiec dziewczynie, było to słychać.
- Wiesz...to nie przeze mnie Dastankowi udało się ją tu sprowadzić. - słodycz jej barwy, była niczym trucizna.
Dwójka upadłych w tym samym momencie usłyszała kroki w stronę drzwi, Leo złapał towarzyszkę i pociągnął za róg.
Jej tętno momentalnie przyspieszyło, zdała sobie sprawe co przed chwilą usłyszała. Chłopak kiwnął głową i powiedział coś o czym oboje doskonale wiedzieli.
- Wychodzi na to, że ktoś nie jest tym za kogo się podaje. - powiedział beznamiętnie.
Nastała grobowa cisza
***
- Powiedz dokładnie co pamiętasz. - był niecierpliwy, chciał wiedzieć wszystko od razu. Nie rozumiał czemu ona nie pamięta wiele. Naciskał na nią, co tylko sprawiało, że coraz bardziej chciała wyjść z pomieszczenia.
- Moje prawdziwe imie to Nemezis, po bogini Zemsty. Zostałam stworzona by sądzić ludzki los, panuje nad przeznaczeniem. Każdy mówi na mnie Evangeline, mam brata Matthewa. Gdy próbuje sobie przypomnieć o upadku napada mnie potworny ból głowy, czuje jakby miał rozsadzić mi czaszkę. Czasami po tym nastają wizje, są różne, nie łączy je nic poza zielonymi oczami, które pojawiają się w każdej. - wzięła głęboki wdech, wreszcie miała przełamać barierę i powiedzieć mu o najważniejszej rzeczy. Nie wiedziała jak zareaguje, w duszy bała się, że przestanie mieć do niej resztki zaufania. - Nie pamiętam jak upadłam, więm tylko, że nie jestem jedyną osobą, która powinna upaść oraz, że Evan miał coś z tym wspólnego. - słowa wylatywały z jej ust jak pociski
Zachowała kamienną twarz, patrzała jak twarz Dastana zmienia się z bladej w zieloną a następnie czerwoną niczym wino. Przygotowała się na wybuch, jednak on nie nastąpił. Chłopak policzył cicho do dziesięciu a potem przysunął swoje krzesło trochę bliżej jej.
- Co miałaś na myśli mówiąc, że nie byłaś jedyną osobą, która powinna upaść? - zapytał się stanowczo.
Dziewczyna spojrzała mu w oczy, wydawały się takie tajemnicze. Nie mogła odczytać z nich żadnych emocji. Widziała tylko głęboką czerń.
- Dastan ja naprawdę chciałabym ci pomóc, ale nic nie pamiętam! - nie kłamała, wiedziała że chłopak wyczułby to od razu. - jedyne co wiem to to, że wplątałam się w coś złego, ale nie sama.
Gdy tylko skończyła mówić do pokoju wbiegła Charlotte radosna niczym mały elfik, niosła tace z ciastkami, którą postawiła na stole obok upadłej. Gdy tylko jej ręce były wolne zarzuciła je na szyje Vange. Podczas pobytu w pensjonacie naprawdę się polubiły, była szczera a przy tym dobra i niewinna. Wydawało się wręcz nie możliwe, żeby tamta dziewczyna popełniła karygodną zbrodnie. Nigdy w to nie wnikała, wiedziała, że każde z nich pamięta okoliczności zesłania, oprócz niej. Była jednak pewna, ze nikt nie chciał rozpowiadać o swojej przeszłości na prawo i lewo, liczyło się tylko to co jest teraz.
- Leo się o ciebie pytał, chciałabym go tu wpuścić, ale Dastan się uparł, że masz być całkowicie skupiona i nikt nie ma ci przeszkadzać. - westchnęła rudowłosa, po czym wybuchnęła śmiechem. - Uwierz mi, cudem mnie to wpuścił.
Przyciagnęła sobie kolejne krzesło i zajęła miejsce obok nich. Wcześniej wyciągnęła z szafy wielką, zakurzoną księgę.
Powiedzieli, że jeśli chce żyć jak normalni ludzie, musi zachowywać się jak większość społeczności. Zanim puszczą ją w świat, musi nauczyć się najważniejszych zasad.
- A więc zacznijmy on początku. - jego głos był zdeterminowany, wierzył, że przyjęcie tych zasad przyjdzie jej łatwo.
Dastan pokładał dużą wiarę w dziewczynę, zauważył to każdy poza Evangeline. Zesłani uważali przywódce za surowego, zimnego oraz tajemniczego. Pomimo wszystko nigdy ich nie zawiódł, polegali na nim i czuli się przy nim bezpiecznie. Jednak od czasu przybycia dziewczyny stał się trochę bardziej ciepły, a co najważniejsze rozważał sugestie innych.
Chłopak przejął książkę od Charlotte, miał zamiar przeczytać pierwsze strony, lecz przeszkodziło mu pukanie do drzwi. Wstał zirytowany i poszedł je otworzyć.
- Co znowu? - warknął do osoby znajdującej się po drugiej stronie.
Vange wychyliła się, aby zobaczyć kto tam stoi. Niestety jej wysiłki poszły na marne, widziała tylko plecy kolegi. Nie mogła usłyszeć co mówi, tak bardzo chciała dowiedzieć się kto im zakłócił spokój. Miała nadzieje, że to nikt nie zobaczył jej i Leo pod pokojem Loane, wyglądałoby to na podsłuchiwanie jej. Nie, żeby tego nie robili. Po prostu, każdy uważał, że pomimo wszystkiego blondynka nie jest zła, ona znała prawdę. Od razu chciała o tym wszystkim powiedzieć, jednak on uparł się, że powiedzą o tym gdy przyjdzie pora. Teraz nie mają wystarczajacych dowodów. Nie był pewny czy każdy im uwierzy. Dziewczyna mu ufała, więc nie powiedziała ani słowa o incydencie.
- Dobra to może zaczniemy bez niego, chyba nie będzie zły. - oznajmiła jak zwykle radosna Charlotte.
- To, że musisz ukrywać moc przed ludźmi, chyba sama dobrze wiesz. Technologia poszła mocno w górę, co prawda gdy ja tutaj trafiłam nie była jeszcze tak rozwinięta, ale sama mocno się zdziwiłam. Reszta uparła się, że mamy cię posłać do szkoły jeszcze w tym tygodniu, żebyś się łatwiej przystosowała. - dziewczyna gadała jak najęta, nawet nie robiła przerw. Podała jej dziwny przedmiot, kształtem przypominający malutkie pudełko. - To jest telefon, nie mamy czasu na głębszą analizę. Gdy ktoś będzie chciał go od Ciebie pożyczyć odpowiadasz, że zapomniałaś wziąć.
Dziewczyna zrobiła chwilową pauze, Evangeline uznała to za szanse na zadanie pytania.
- A możesz mi powiedzieć tak z grubsza do czego służy? - była autentycznie ciekawa, w królestwie niebieskim nie miała dostępu do ziemskich wynalazków. Dlatego teraz czuła się tak obco.
- Oh w zasadzie to nic takiego, ale ludzie mają obsesje na punkcie telefonów. Służy głównie do komunikacji, robienia zdjęć, ale teraz powstało tyle aplikacji. - nagle w jej oczach pojawił się dziwny błysk, przypomniała sobie o czymś. - Facebook! - wykrzyknęła
- Twarzo-książka? - zapytała zmieszana upadła
Charlotte złapała się za głowę, starała się zamaskować śmiech.
- Nie głuptasie, po prostu gdy ktoś zapyta się o twojego facebooka odpowiadasz "Evangeline Lemaire". Wiesz, że ludzie używają tutaj nazwisk? To takie jakby drugie imię, twoje nazwisko jest takie samo jak Dastana. Będziesz udawała jego kuzynkę, tak będzie łatwiej.
Dziewczyna kiwała głową, chciała chłonąć wiedze niczym gąbka. Nie lubiła zawodzić ludzi, przystosuje się a potem uda jej się odzyskać skrzydła i wrócić na dawną pozycję. Zdobędzie zaufanie tutejszych zesłanych i stanie na szczycie. Głowa zaczęła ją piec wiedziała, że to znów nadchodzi. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, osunęła się z krzesła. Słyszała wołanie, nie wiedziała do kogo należy ten głos. Właściwie nie wiedziała już nic, czuła tylko ból. Zaczęła krzyczeć, kopała, rzucała rękami na wszystkie strony, zaczęła wyrywać sobie włosy z głowy. Chciała wypędzić ten ból, chodź wiedziała, że to na nic się zda. Widziała zielone oczy, nic poza tym. Tym razem nie widziała wspomnień, nie miała też żadnej wizji. Ktoś do niej mówił, głos był tak znajomy, poczuła się bezpiecznie. Ból odszedł, jednak nie mogła odtworzyć oczu. Ktoś podniósł ją z ziemi, przestała się wierzgać. Ciepło silnych ramion wypełniło ją całą. Odsłuchała przekazanej jej wiadomości, "Nadchodzę" powtórzone siedem razy, potem zasnęła i nie obudziła się aż do końca dnia.
- Jak się czujesz? - to było pierwsze pytanie jakie usłyszała po przebudzeniu.
Dastan siedział na krawędzi jej łóżka, wydawał się zmartwiony. Patrzał na nią jakby była delikatna i krucha, zapomniał że naprawdę jest silniejsza od niego. Mogłaby w jednej chwili skręcić mu kark, jednak nie zrobiła tego.
- Czuje się wyśmienicie, jak zawsze zresztą. - powiedziała sarkastycznie, po czym podciągnęła się do pozycji siedzącej. - Rozumiem, że jesteś tu po to aby wyciągnąć ze mnie informację? Niestety Cię zawiodę, nic nie pamiętam.
Kłamała, nie wiedziała dlaczego, ale czuła że nie może podzielić się z nikim przekazanymi jej słowami. To była wiadomość tylko dla niej. Chłopak wydawał się nie przekonany, nie uwierzył jej. Ale nie przeszkadzało to Vange, nie miał podstaw by o cokolwiek ją oskarżać. Rzucił szybkie "jeszcze zobaczymy", wstał, odwrócił się napięcie i wyszedł z pokoju.
Wzięła kawę, którą ktoś zostawił na szafce obok jej łóżka, wypiła duży łyk, poczuła jak jej ciało wypełnia przyjemne ciepło. Drzwi były zamknięte, lecz miała nadzieje, że chłopak nie odszedł na tyle daleko by jej nie usłyszeć.
- Dastan chyba nie pamiętasz co mówiłam, to ja ustalam zasady i to ty jesteś moim pionkiem w tej grze! Nigdy nie na odwrót, nigdy! - krzyknęła marząc o tym aby usłyszała ją każda dusza będąca teraz w pensjonacie.
...
Jak się podoba rozdział? Nie za krótki? W najbliższych dniach dodam rozdział na "Elitę Zabójców". chyba nie będą takie długie jak tutaj. Postaram się dodawać rozdział na AzK co tydzień a kilka dni później na EZ. Jak ktoś ma jakieś pytania dotyczące jakiejś mojej pracy to zapraszam na mojego aska ask.fm/JestemCzarodziejemm
Miło by było gdyby każdy kto przeczytał zostawił jakiś komentarz! Jak znaleźliście błąd śmi8ało piszcie! Postaram się go poprawić :)
niedziela, 29 listopada 2015
niedziela, 18 października 2015
Rozdział 5
Upadła stała nad krawędzią urwiska, czuła jakby niewidzialna ręka pchała ją w otchłań. Spadała. Nie bała się, nie czuła nic poza dziwnym uczuciem w brzuchu, które zawsze towarzyszyło upadkowi. Zamknęła oczy, zaczęła odliczać ostatnie sekundy jej życia. Jeden, dwa, trzy...Poczuła ból w klatce piersiowej, jej głowa płonęła, tak myślała.
***
Stało nad nią około piętnastu upadłych, ledwie kilkoro z nich potrafiła rozpoznać, Loane, osiłek który zniszczył jej nadzieje na powrót do domu i mała ruda dziewczyna, widziała ją gdzieś już. Dziwiło ją, że nie ma z nimi czarnowłosego chłopaka z, którym była na polanie. Ostatnim co pamiętała był on, przyłączyła się do niego. Po tym urwał jej się film, spojrzała na siebie. Porcelanowa cera, długie chude palce i popękane kostki u rąk, wyglądały przerażająco. Dziwiło ją, że nie zregenerowały się, musiała na to mieć wpływ czyjaś moc. W jej włosach znajdowało się kilka gałązek, zaczęła je wyciągać nie przejmując się innymi.
- Wiesz co tu robisz? - zapytała kojącym głosem rudowłosa - Pamiętasz cokolwiek?
Evangeline przerwała czynność i powoli odwróciła głowę w stronę dziewczyny, zmierzyła ją chłodnym wzrokiem. Nie wiedziała dlaczego ale ufała tamtemu chłopakowi, nie im.
- Gdzie on jest? - zapytała mając nadzieje, że wiedzą o kogo chodzi. Nie pamiętała jego imienia.
W tamtym momencie ktoś gwałtowi otworzył drzwi, trzasnął nimi i energicznym krokiem podszedł w stronę łóżka na, którym leżała dziewczyna. Natychmiastowo się rozsunęli, żeby zrobić mu przejście. Obawiał się, że Loane coś zepsuła. Nowa jest po ich stronie, ale nie da się jej kontrolować. Nie podporządkuje się zasadom, nie przeszkadzało mu to. Chociaż on sam je stworzył, nienawidzi ich. Wszyscy ślepo za nim podążają, wierzą że nie popełnia błędów. Ona może mu pomóc, nie mógł pozwolić na to, żeby przeszła na stronę Evana.
- Wyjdźcie, muszę z nią porozmawiać. - powiedział chłodno. Wszyscy oprócz jednej osoby ruszyli w stronę wyjścia. Ona stała tam i prowokująco bawiła się kosmykiem włosów.
- Dastanku, nie możemy sobie pójść, teraz jest czas na inicjacje. - powiedziała irytująco słodkim głosem Loane.
Zacisnął pięści, i spojrzał na nią morderczym wzorkiem. Mieli teraz poważniejsze rzeczy do roboty niż jakaś impreza. Jednak wszyscy zaczęli wracać na poprzednie miejsca i przytakiwać dziewczynie. Tracił kontrole, nie mógł sobie na to pozwolić. W głębi duszy wiedział, że ona ma racje. Każdy musi mieć swoją inicjacje.
- Niechętnie to mówię, ale zgadzam się z nią - powiedziała Charlotte.
Evangeline zaczęła się wiercić, wszyscy wydawali się jej nie zauważać. Byli zajęci dyskusją o inicjacji, ona nie miała zielonego pojęcia o co chodzi. Spojrzała błagalnie na chłopaka, chciała żeby wszyscy wyszli. Musiała z nim porozmawiać, jednak oni zaczęli się kłócić.
- Co tu się do cholery dzieje? O czym wy mówicie? - wyrzuciła z siebie dziewczyna.
Wszyscy zamilkli, jakimś cudem usłyszeli ją w tym harmidrze.
- Mała, chodzi o to, że musimy zrobić ci powitalną imprezę. -powiedział radośnie chłopak, który stał za Loane.
Dopiero teraz dokładniej mu się przyjrzała, na głowie miał burze blond włosów, odruchowo chciała przejechać po nich dłonią. Niebieskie oczy wpatrywały się w nią natarczywie, widziała w nich małą iskierkę, której nie potrafiła odszyfrować. Gdy zauważył, że mu się przygląda od razu się uśmiechnął.
- Może macie racje. - Dastan wydawał się nie przekonany, jednak mówił dalej. - Ale na razie wyjdźcie, muszę z nią porozmawiać.
Wszyscy posłusznie skierowali się do drzwi, tylko tamten blondyn stał niewzruszony i świdrował lidera wzrokiem. Powiedział coś do niego po czym odwrócił się i wyszedł, jednak Evangeline nie mogła go usłyszeć, mówił za cicho. Upadły parsknął śmiechem, jednak szybko się powstrzymał i usiadł na brzegu łóżka. Dziewczyna nie wiedziała co powiedzieć, on też wydawał się nie chętny do rozmowy. Przez kilka minut siedzieli tak w milczeniu, cisza nie była niezręczna, wręcz przeciwnie, mogłaby z nim siedzieć tak cały dzień. Był zmęczony, wory pod oczami były wynikiem nieprzespanej nocy, może nie jednej. Jego kurtka podwinęła się w górę, więc mogła zobaczyć, że kostki u jego dłoni zaznaczone były złotymi plamkami zastygłej krwi. Coś się jej nie zgadzało, nie powinien mieć żadnego śladu po tym. Złapała go za rękę, żeby przyjrzeć się raną on zabrał ją w ciagu sekndy.
- Co ty robisz? - prawie krzyknął, wydawał się gotowy do wybuchu. Natychmiast zasłonił rękę zbyt długim rękawem kurtki.
- J-ja. - Evangeline zaczęła się jąkać. Nie wiedziała co ma odpowiedzieć, nie rozumiała czemu tak zareagowała. Przecież się go nie boi, ona nie boi się niczego.
Wstała z łóżka, żeby znaleźć się jak najdalej od niego. Irytował ją, wybuchał bez większego powodu.
- Dlaczego tu przyszedłeś? - warkneła, mając nadzieje, że jeszcze bardziej go rozzłości. Wydało jej się to zabawne.
Tym razem jego twarz skamieniała, nie było na niej żadnych emocji. Zrobił kilka kroków do przodu, skracając dzielącą ich odległość kilkakrotnie. Czuła jego oddech na swoim policzku, gdyby tylko chciała mogłaby go pocałować.
- Mógłbym zadać ci to samo pytanie Evangeline, dlaczego tu jesteś? - jego głos był zimny i oschły.
Dziewczyna podniosła głowę i wyzywająco spojrzała mu w oczy. Nie wiedziała co odpowiedzieć, wolała nie dzielić się z nikim swoimi wizjami. Nie chciała pokazać, że nie wie co odpowiedzieć. Wtedy przyszedł ból, gdyby nie to, że wolałaby zginać niż pokazać słabość przed Dastanem, upadłaby. Jednak zamiast tego stała, pomimo przeszywającego ją bólu. Czuła jak traci nad sobą kontrole, widziała tylko szarą mgiełkę. Nie panowała nad swoim ciałem, niekontrolowane słowa wypływały z jej ust.
- Dlaczego tu jestem? Oh to bardzo proste, zrobiłam coś na co żadnego z was nie byłoby stać. Upadłam, a teraz jestem tutaj i mam zamiar strącić Evana do piekła. - nagle odzyskała panowanie nad sobą, a ból ustąpił. Jednak czuła, że nie jest sama w swoim ciele. Tak jakby je z kimś dzieliła.
Dastan wydawał się autentycznie przestraszony, odsunął się krok do tyłu i wyrzucił z siebie jedno słowo "kłamiesz". Miała jakoś zareagować, ale drzwi otworzyły się i wparował przez nie uśmiechnięty od ucha do ucha blondyn.
- Chyba możemy zacząć przygotowywać się do imprezy! - powiedział radosnym głosem.
Dastan odwrócił się napięcie i wyszedł.
***
- Chyba się jeszcze nie przedstawiłem, Nazywam się Leo. - powiedział typowym dla niego pogodnym głosem.
Zdążyła zauważyć, że uśmiech nigdy nie schodził mu z twarzy. Wkroczyli razem do sali pełnej upadłych aniołów. Większość z nich ubrana była w obcisłe, czarne ciuchy. Ona miała na sobie białą rozkloszowaną sukienkę,z wyciętymi plecami i złotymi elementami, którą przyniosła jej Charlotte.
Nie widziała żadnej znajomej twarzy wśród tłumu, ale nie przeszkadzało jej to, obok siebie miała towarzysza, którego zamierzała się na razie trzymać. Rozejrzała się w okół, przy ścianach stały długie stoły pełne jedzenia i jakichś napojów. W najciemniejszym koncie mieściło się stanowisko osoby odpowiedzialnej za muzyke. Była niezła, przynajmniej tak uważała Vange, jednak ona nie wiedziała o niej za dużo, nigdy nie była na imprezie, w niebie musiała trzymać się surowego grafiku. Miała nadzieje spotkać Dastana, nie rozumiała nic z tego co wydarzyło się podczas ich ostatniego spotkania. Jednak teraz na pewno szybko na neigo nie wpadnie, ktoś włączył światła, Ogromne reflektory raziły ją po oczach, całość dopełniała wielka kula wypełniona brokatem i mocną żarówką. Cała sala świeciła się na kolorowo. Odruchowo zasłoniła twarz ręką.
- Da się przyzwyczaić. - powiedział nonszalancko Leo i wzruszył ramionami. - Przyniosę ci coś do picia, nie ruszaj się stąd. - dodał i zniknął pośród tłumu.
Nie zamierzała nigdzie iść, ale zanim się spostrzegła ktoś pociągnął ją za ramie. Nim się spostrzegła a była już na drugim końcu sali razem, przy stołach z jedzeniem. Ściągnęła włosy z twarzy,a by zobaczyć kto ją tu zaciągnął. Spodziewała się każdego, tylko nie Loane. A to właśnie ona stała teraz przed nią i rzuciła się jej na szyje.
-Vange, tak się ciesze, że przyszłaś. Mam nadzieje, że nie jesteś na mnie zła, nasze pierwsze spotkanie nie należało do najprzyjemniejszych, ale bardzo się stresowałam i tak jakoś samo wyszło. - mówiła tak szybko, że dziewczyna ledwie ją rozumiała.
Jej ręce zacisnęły się na jej szyi, Evangeline nie odwzajemniła uścisku, była zbyt zaskoczona. Szybko odsunęła się od upadłej i przyjrzała się jej uważnie. Nie widziała cienia wrogości, ale mogłaby być dobrą aktorką. Nie ufała ani jej śnieżnobiałemu uśmiechowi, ani tym dużym oczom z, których biła radość.
- Jest okay. - odpowiedziała, chociaż zabrzmiało to bardziej jak pytanie.
Blondynka otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale zagłuszył ją głos Dastana, który rozbrzmiał na całą sale.
- Evangeline upadła, trafiła teraz pod opieke zamieszkujących te planete aniołów. Jak każdy z was dostała wybór, postanowiła dołączyć do nas i sprzeciwić się Evanowi. - zrobił chwile przerwy, na to aby wszyscy mogli powitać jego słowa krzykami radości i brawami. - A teraz jest tu z nami. - Wskazał na nią ręką, a reflektory natychmiastowo ją oświetliły. Zwykle czuła się dobrze będąc w centrum uwagi, jednak teraz coś wprawiało ją w zakłopotanie. - Powitajcie ją. - krzyknął, po czym odłożył mikrofon i zniknął w tłumie.
Ludzie zaczęli podchodzić do niej masowo, każdy coś do niej mówił, chciał zamienić z nią parę słów, ona podczas całego zamieszania miała nadzieje znaleźć gdzieś Leo. Ktoś złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie, już miała zacząć się szarpać ale zobaczyła twarz znajomego.
- Miałaś nie odchodzić. - zaśmiał się i wręczył jej plastikowy kubeczek wypełniony prawie do pełna.
W niebie smakowała tylko napoi, wody i wina, to nie smakowało jak żadne z nich. Duszkiem opróżniła kubek do połowy. Jej głowę wypełniły przyjemne bąbelki.
- Loane mnie gdzieś zaciagnęła, wydawała się bardzo miła. Powinnam się bać? - zapytała ostrożnie.
- Jest miła tylko, gdy czegoś chce. Powinnaś uważać, zazwyczaj jest typową suką. - roześmiał się i wziął duży łyk napoju.
Evangeline wzruszyła ramionami i wypiła zawartość kubka, po czym wyrzuciła go do najbliższego śmietnika. Muzyka momentalnie się zmieniła, pary zaczęły kołysać się w rytm wolnej melodii. Poczuła się trochę niezręcznie, nigdy nie tańczyła wolnego tańca, nawet nie wiedziała czy umie. Nie musiała długo czekać, żeby Leo poprosił ją na parkiet. Głupio było jej zaprzeczyć, więc zgodziła się. Szli w stronę par, żeby się przyłączyć gdy nagle ktoś zagrodził im drogę. Dastan stał tam, ubrany w czarny garnitur z białym krawatem. Wyglądał dużo lepiej niż kilka godzin temu, nie było po nim widać ani śladu minionego dnia. Zlustrował blondyna wzrokiem, po czym przeniósł go na Vange.
- Mogę prosić? - zapytał szarmancko.
Dziewczyna miała powiedzieć, że właściwie jest teraz zajęta lecz zobaczyła, że jej towarzysz gdzieś zniknął. Nie przyszło jej nic innego jak tylko się zgodzić.
- Mała, chodzi o to, że musimy zrobić ci powitalną imprezę. -powiedział radośnie chłopak, który stał za Loane.
Dopiero teraz dokładniej mu się przyjrzała, na głowie miał burze blond włosów, odruchowo chciała przejechać po nich dłonią. Niebieskie oczy wpatrywały się w nią natarczywie, widziała w nich małą iskierkę, której nie potrafiła odszyfrować. Gdy zauważył, że mu się przygląda od razu się uśmiechnął.
- Może macie racje. - Dastan wydawał się nie przekonany, jednak mówił dalej. - Ale na razie wyjdźcie, muszę z nią porozmawiać.
Wszyscy posłusznie skierowali się do drzwi, tylko tamten blondyn stał niewzruszony i świdrował lidera wzrokiem. Powiedział coś do niego po czym odwrócił się i wyszedł, jednak Evangeline nie mogła go usłyszeć, mówił za cicho. Upadły parsknął śmiechem, jednak szybko się powstrzymał i usiadł na brzegu łóżka. Dziewczyna nie wiedziała co powiedzieć, on też wydawał się nie chętny do rozmowy. Przez kilka minut siedzieli tak w milczeniu, cisza nie była niezręczna, wręcz przeciwnie, mogłaby z nim siedzieć tak cały dzień. Był zmęczony, wory pod oczami były wynikiem nieprzespanej nocy, może nie jednej. Jego kurtka podwinęła się w górę, więc mogła zobaczyć, że kostki u jego dłoni zaznaczone były złotymi plamkami zastygłej krwi. Coś się jej nie zgadzało, nie powinien mieć żadnego śladu po tym. Złapała go za rękę, żeby przyjrzeć się raną on zabrał ją w ciagu sekndy.
- Co ty robisz? - prawie krzyknął, wydawał się gotowy do wybuchu. Natychmiast zasłonił rękę zbyt długim rękawem kurtki.
- J-ja. - Evangeline zaczęła się jąkać. Nie wiedziała co ma odpowiedzieć, nie rozumiała czemu tak zareagowała. Przecież się go nie boi, ona nie boi się niczego.
Wstała z łóżka, żeby znaleźć się jak najdalej od niego. Irytował ją, wybuchał bez większego powodu.
- Dlaczego tu przyszedłeś? - warkneła, mając nadzieje, że jeszcze bardziej go rozzłości. Wydało jej się to zabawne.
Tym razem jego twarz skamieniała, nie było na niej żadnych emocji. Zrobił kilka kroków do przodu, skracając dzielącą ich odległość kilkakrotnie. Czuła jego oddech na swoim policzku, gdyby tylko chciała mogłaby go pocałować.
- Mógłbym zadać ci to samo pytanie Evangeline, dlaczego tu jesteś? - jego głos był zimny i oschły.
Dziewczyna podniosła głowę i wyzywająco spojrzała mu w oczy. Nie wiedziała co odpowiedzieć, wolała nie dzielić się z nikim swoimi wizjami. Nie chciała pokazać, że nie wie co odpowiedzieć. Wtedy przyszedł ból, gdyby nie to, że wolałaby zginać niż pokazać słabość przed Dastanem, upadłaby. Jednak zamiast tego stała, pomimo przeszywającego ją bólu. Czuła jak traci nad sobą kontrole, widziała tylko szarą mgiełkę. Nie panowała nad swoim ciałem, niekontrolowane słowa wypływały z jej ust.
- Dlaczego tu jestem? Oh to bardzo proste, zrobiłam coś na co żadnego z was nie byłoby stać. Upadłam, a teraz jestem tutaj i mam zamiar strącić Evana do piekła. - nagle odzyskała panowanie nad sobą, a ból ustąpił. Jednak czuła, że nie jest sama w swoim ciele. Tak jakby je z kimś dzieliła.
Dastan wydawał się autentycznie przestraszony, odsunął się krok do tyłu i wyrzucił z siebie jedno słowo "kłamiesz". Miała jakoś zareagować, ale drzwi otworzyły się i wparował przez nie uśmiechnięty od ucha do ucha blondyn.
- Chyba możemy zacząć przygotowywać się do imprezy! - powiedział radosnym głosem.
Dastan odwrócił się napięcie i wyszedł.
***
- Chyba się jeszcze nie przedstawiłem, Nazywam się Leo. - powiedział typowym dla niego pogodnym głosem.
Zdążyła zauważyć, że uśmiech nigdy nie schodził mu z twarzy. Wkroczyli razem do sali pełnej upadłych aniołów. Większość z nich ubrana była w obcisłe, czarne ciuchy. Ona miała na sobie białą rozkloszowaną sukienkę,z wyciętymi plecami i złotymi elementami, którą przyniosła jej Charlotte.
Nie widziała żadnej znajomej twarzy wśród tłumu, ale nie przeszkadzało jej to, obok siebie miała towarzysza, którego zamierzała się na razie trzymać. Rozejrzała się w okół, przy ścianach stały długie stoły pełne jedzenia i jakichś napojów. W najciemniejszym koncie mieściło się stanowisko osoby odpowiedzialnej za muzyke. Była niezła, przynajmniej tak uważała Vange, jednak ona nie wiedziała o niej za dużo, nigdy nie była na imprezie, w niebie musiała trzymać się surowego grafiku. Miała nadzieje spotkać Dastana, nie rozumiała nic z tego co wydarzyło się podczas ich ostatniego spotkania. Jednak teraz na pewno szybko na neigo nie wpadnie, ktoś włączył światła, Ogromne reflektory raziły ją po oczach, całość dopełniała wielka kula wypełniona brokatem i mocną żarówką. Cała sala świeciła się na kolorowo. Odruchowo zasłoniła twarz ręką.
- Da się przyzwyczaić. - powiedział nonszalancko Leo i wzruszył ramionami. - Przyniosę ci coś do picia, nie ruszaj się stąd. - dodał i zniknął pośród tłumu.
Nie zamierzała nigdzie iść, ale zanim się spostrzegła ktoś pociągnął ją za ramie. Nim się spostrzegła a była już na drugim końcu sali razem, przy stołach z jedzeniem. Ściągnęła włosy z twarzy,a by zobaczyć kto ją tu zaciągnął. Spodziewała się każdego, tylko nie Loane. A to właśnie ona stała teraz przed nią i rzuciła się jej na szyje.
-Vange, tak się ciesze, że przyszłaś. Mam nadzieje, że nie jesteś na mnie zła, nasze pierwsze spotkanie nie należało do najprzyjemniejszych, ale bardzo się stresowałam i tak jakoś samo wyszło. - mówiła tak szybko, że dziewczyna ledwie ją rozumiała.
Jej ręce zacisnęły się na jej szyi, Evangeline nie odwzajemniła uścisku, była zbyt zaskoczona. Szybko odsunęła się od upadłej i przyjrzała się jej uważnie. Nie widziała cienia wrogości, ale mogłaby być dobrą aktorką. Nie ufała ani jej śnieżnobiałemu uśmiechowi, ani tym dużym oczom z, których biła radość.
- Jest okay. - odpowiedziała, chociaż zabrzmiało to bardziej jak pytanie.
Blondynka otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale zagłuszył ją głos Dastana, który rozbrzmiał na całą sale.
- Evangeline upadła, trafiła teraz pod opieke zamieszkujących te planete aniołów. Jak każdy z was dostała wybór, postanowiła dołączyć do nas i sprzeciwić się Evanowi. - zrobił chwile przerwy, na to aby wszyscy mogli powitać jego słowa krzykami radości i brawami. - A teraz jest tu z nami. - Wskazał na nią ręką, a reflektory natychmiastowo ją oświetliły. Zwykle czuła się dobrze będąc w centrum uwagi, jednak teraz coś wprawiało ją w zakłopotanie. - Powitajcie ją. - krzyknął, po czym odłożył mikrofon i zniknął w tłumie.
Ludzie zaczęli podchodzić do niej masowo, każdy coś do niej mówił, chciał zamienić z nią parę słów, ona podczas całego zamieszania miała nadzieje znaleźć gdzieś Leo. Ktoś złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie, już miała zacząć się szarpać ale zobaczyła twarz znajomego.
- Miałaś nie odchodzić. - zaśmiał się i wręczył jej plastikowy kubeczek wypełniony prawie do pełna.
W niebie smakowała tylko napoi, wody i wina, to nie smakowało jak żadne z nich. Duszkiem opróżniła kubek do połowy. Jej głowę wypełniły przyjemne bąbelki.
- Loane mnie gdzieś zaciagnęła, wydawała się bardzo miła. Powinnam się bać? - zapytała ostrożnie.
- Jest miła tylko, gdy czegoś chce. Powinnaś uważać, zazwyczaj jest typową suką. - roześmiał się i wziął duży łyk napoju.
Evangeline wzruszyła ramionami i wypiła zawartość kubka, po czym wyrzuciła go do najbliższego śmietnika. Muzyka momentalnie się zmieniła, pary zaczęły kołysać się w rytm wolnej melodii. Poczuła się trochę niezręcznie, nigdy nie tańczyła wolnego tańca, nawet nie wiedziała czy umie. Nie musiała długo czekać, żeby Leo poprosił ją na parkiet. Głupio było jej zaprzeczyć, więc zgodziła się. Szli w stronę par, żeby się przyłączyć gdy nagle ktoś zagrodził im drogę. Dastan stał tam, ubrany w czarny garnitur z białym krawatem. Wyglądał dużo lepiej niż kilka godzin temu, nie było po nim widać ani śladu minionego dnia. Zlustrował blondyna wzrokiem, po czym przeniósł go na Vange.
- Mogę prosić? - zapytał szarmancko.
Dziewczyna miała powiedzieć, że właściwie jest teraz zajęta lecz zobaczyła, że jej towarzysz gdzieś zniknął. Nie przyszło jej nic innego jak tylko się zgodzić.
Chłopak położył ręce na jej talii i przysunął ją do siebie, ona zaplotła ręce w okół jego karku. Zaczęli kołysać się w rytm wolnej melodii. Jednak nie mogła pozbyć się wizji, bliskiego wybuchu Dastana. Jego nastroje były tak zmienne, nie wiedziała co o nim sądzić. W tym momencie go lubiła, następnie miała ochotę go zabić.
- Chciałem przeprosić cię za tamto. - nie mogła rozszyfrować nic z tonu jego głosu. - nie powinienem był tak zareagować.
Dziewczyna nie zamierzała zapomnieć o tym, wiedziała co widziała. Nie pozostawi tego tak, będzie drążyła temat dopóki nie dowie się prawdy.
- Dastan, dlaczego nie goją ci się rany? - wyszeptała najbardziej niewinnym tonem na jaki ją było stać.
Jego oczy natychmiastowo pociemniały, zacisnął ręce mocniej,przez co poczuła lekkie ukłucie bólu. Chłopak tylko westchnął i przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie. Nie wiedziała czemu ale chciała włożyć ręce w czarną czuprynę na jego głowie i pozbyć się całkowicie dzielącej ich przestrzeni. Szybko pozbyła się tej wizji z głowy. Chłopak wyszeptał jej do ucha "Niektóre rzeczy nigdy nie ujrzą światła dziennego", po czym odszedł zostawiając ją samą na środku parkietu.
Ruszyła do przodu, zatrzymała się przy jednym ze stołów i nalała sobie jeszcze więcej napoju. Stała tam kilka minut i wlewała w siebie coraz więcej. Nawet nie zauważyła kiedy zaczęło jej się kręcić w głowie. Chciała znaleźć Charlotte, Leo lub nawet Loane. Jednak widziała same nieznajome twarze. Jeden chłopak przykuł jej uwagę, miał brązowe i piercing w brwi. Nagle wspaniałym pomysłem wydało się jej zatańczenie z nim. Szybkim krokiem podeszła do niego, potknęła się przy tym dwa razy. Chłopak miał zielone oczy, i kolor włosów jak kot, którego ostatnio widziała na ulicy. Oznajmiła mu to, była dumna z siebie, że odkryła to podobieństwo.
- Wyglądasz jak przejechany kot, którego ostatnio widziałam na ulicy. - powiedziała śmiertelnie poważnie. - Zatańczysz?
Chłopak spojrzał się na nią zmieszany, a wszyscy stojący obok wybuchnęli śmiechem. Ten nie wyglądał na zadowolonego, odwrócił się na pięcie i odszedł.
Dziewczyna nie zamierzała przepuścić okazji do tańca, nawet bez niego mogła się dobrze bawić. Zaczęła szaleć w rytm szybkiej muzyki robiąc w okół siebie zamieszanie. Rozpuściła włosy i zarzuciła niby do tyłu. Nawet nie zauważyła gdy wszyscy zeszli z parkietu i została sama. Nie przejmowała się tym, jeśli nie chcieli się z nią bawić równie dobrze może zrobić to sama.
Nagle podeszłą do niej Loane, ona też wydawała się doskonałym nastroju do zabawy. Nie myślała, ze kiedykolwiek ucieszy się tak na jej widok. Niestety za nią stał oburzony Leo i próbował zaciągnąć ją w jakieś spokojne miejsce. Psuł jej humor, nie zamierzała mu na to pozwolić.
- Wszystko psujesz! Zobacz tutaj może być naprawdę zabawnie! - Krzyknęła, żeby przebić się przez muzykę.
Zaczęła wymachiwać biodrami i rękami, druga dziewczyna szybko się do niej przyłączyła. Chciały pociągnąć chłopaka w ich stronę. Vange wpadła na Loana a ta się i przewróciła, wpadając w miskę z nieznanym Evangeline napojem. Cała zawartość znalazła się na niej, zaczęła krzyczeć a zgromadzenie wpadli w śmiech i wykrzykiwali imię nowej upadłej. Każdy podbiegł do niej, ludzie brali ją na ręce. Nie wiedziała co się dzieje, jednak zauważyła, że ktoś wyprowadza przemoczoną dziewczynę z sali. Zaśmiała się i oparła głowę o czyjeś ramie. Ktoś podstawił jej szklankę pod nos. Nie musiał czekać długo na jej reakcje, szybko ją opróżniła.
- Evangeline! Mistrzyni w piciu wódki! - Czyiś krzyk przebił się przez salwe śmiechu.
Teraz znała nazwę tego płynu, wódka. Ta nazwa wydał się jej wtedy śmieszna, przeliterowała ją na głos kilka razy.
- Masz słabą głowę, kochanie. - usłyszała zatroskany głos Dastana.
Uznała to za obelgę, nie podobało się jej, że mówił do niej w ten sposób. Może i miała "słabą głowę", ale miała też świetne pomysły i moc.
- Tak? A ty masz słabą lampę nad głową. - powiedziała tonem wypranym z emocji. Tak jakby po prostu stwierdzała fakt.
Chłopak spojrzał się na nią jak na biednego szczeniaka, zapewne nie zrozumiał tego co mu powiedziała. Dziewczyna podniosła dwa palce i skierowała mgiełkę mocy w stronę lampy wiszącej nad głową chłopaka, w ciągu sekundy pękła. Fala złotego brokatu spadła na chłopaka, wyglądał jak bożonarodzeniowa choinka. Jego reakcja całkowicie zaskoczyła dziewczynę. Spodziewała się jakiegoś typowego dla niego wybuchu złości. On tylko kiwnął głową i podszedł do niej.
- Masz racje, miałem słabą lampę nad głową. A teraz cię zaniosę do łóżka, dobrze? - nie pytając ją o zdanie wziął ją na ręce i zaczął wynosić z sali.
Dziewczyna zauważyła, że zostawiał na niej ślady brokatu. Nie podobało jej się to, martwiła się, że Charlotte może się zdenerwować, że ubrudziła sukienkę. Oczy zamykały jej się same, nie chciała, żeby tak było. Zależało jej na tym, żeby patrzeć na niego przez całą drogę. Było jej tak wygodnie, chłopak nawet nie okazywał zmęczenia, niesieniem ją.
- Ubrudziłeś mnie tym brokatem - powiedziała z wyrzutem Evangeline. - ale jesteś przystojny, więc ci wybaczam.
Uniósł lekko kąciki ust, to było ostatnie co zobaczyła dziewczyna przed całkowitym odpłynięciem.
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Rozdział 4
- Minęło sporo czasu - powiedział z nieskrywaną pogardą Dastan, na co Evan zareagował cichym warknięciem. - ostatnim razem jak cię widziałem nie byłeś w tak dobrym stanie. Niebieskowłosy zaczął iść wolnym krokiem w jego stronę. Nagle zerwał się wiatr tak mocny, że mógłby wyrwać drzewa. Wszystkie zwierzęta zaczęły uciekać, wszędzie był kurz, widoczność była ograniczona. A temperatura krwi dziewczyny wyraźnie się podnosiła, czuła to. Wszystko się w niej gotowało. Przepełniało ją zdezorientowanie, jednak od razu z przyjściem chłopaka zauważyła, że coś się zmieniło. Każdy anioł ma w sobie moc, pozwala ona im na robienie czego zapragną. Evangeline dzięki niej mogła stać się niewidzialna, przenosić góry, zabijać, robić wszystko co zapragnie. Mała mgiełką, którą w sobie nosiła była jej darem. Jednak miała swoje ograniczenia, używanie jej niesamowicie wykańczało większość z jej gatunku. Ilość mocy zależała od stopnia anioła, Vange była ważna więc miała w sobie więcej mocy. Nie była jakimś wybrykiem natury, to się czasami zdarzało. Trójka z nich była silniejsza, gdy o tym myślała zrozumiała, że nie jest tutaj przypadkiem. Nie chodziło tylko o odzyskanie skrzydeł, dawne intrygi ani nic podobnego. Byli potężni, na tej małej planecie nie było miejsca dla nich wszystkich. Ktoś musiał zniknąć. Zawsze chodziło władze i zawsze będzie o nią chodzić. Jej rozmyślania przerwał czyiś głos. - Co cię tu sprowadza, mój stary przyjacielu? - ostatnie słowo prawie wypluł - Nie myślałem, że jeszcze kiedyś cię spotkam. Powietrze stało się cięższe, z trudem łapali oddech. Zanim chłopak zdążył odpowiedzieć, tamten rzucił mu się do gardła. Przewrócili się, okładali nawzajem pięściami. Dastan uderzył swojego atakującego tak mocno w twarz, ze polała się złota krew. Miała nieprzyjemny zgniły zapach, co było intrygujące bo powinna być bezwonna. Jednak ten odór, wypełnił nozdrza Evangeline i chciała się go jak najszybciej pozbyć. Oni nie przestawali się bić, tym razem to Dastan był da górze. I przygniatał łokciem szyje drugiego. Ten charczał i próbował złapać choć trochę powietrza.Dziewczyna nie wiedziała co ma robić, czemu miałaby ich rozdzielać? To nie była jej sprawa. Ale czy stanie bezczynnie coś jej da? Jeden z nich może jej pomóc, musiała się wtrącić. Podbiegła do nich, złapała Dastana za koszulkę i całą swoja mocą odrzuciła go kilkanaście metrów dalej. Jej ręce była całe w złocistej mazi, polało się więcej krwi. Widziała rany na jego torsie, długie cięcia zadane paznokciami Evana. Ten drugi stał i patrzał na nią osłupiały, miał znacznie więcej ran. Nie goił się, przyprawiało ją to o dreszcze. Całe jego ubrania były poszarpane, widać było rozerwaną skóre. Pod oczami miał ślady po czyichś pięściach. Nie oczekiwał odpowiedzi na pytanie, nie spodziewał się również, że po tym co się stało chwile temu w ogóle ją dostanie. Było dla niego jasne, że chłopak przyszedł po Evangeline, niedawno zesłaną anielice, której trzeba pomóc. On przyszedł po Nemezis, jedyną osobę, która wydostanie go z tego miejsca. Drzemie w nich siła na, którą ten świat nie jest gotów. Nie zamierzał się poddać łatwo, może jego przeciwnik jest silniejszy. Walkę wygrywa się siłą, wojnę wygrywa się sprytem. Chłopak leżał w kupce liści pod drzewem na, które przed chwilą go rzucono. - Oddaj mi ją a będzie po sprawie. - Wyciągnął rękę w stronę dziewczyny, mając nadzieje, że do niego podejdzie. Ta jednak niewzruszona stała w miejscu. - A co jeśli nie chce z tobą pójść? - jej głos był oschły a oczy zimne jak lód. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw, widać było zdziwienie na ich oczach. W głębi duszy nawet Vange czuła zdziwienie. - Oczywiście, że chcesz. Nie wiesz co on ci zrobi. - starał się tak manipulować głosem by zachęcić ją do siebie. Nie mógł pozwolić, żeby szeregi wroga jeszcze bardziej się zasiliły. - dołącz do mnie a będziesz bezpieczna. Dziewczyna nie wydawała się przekonana, zaplotła ręce na piersi i spojrzała na niego z pogardą. - Jestem w tym lesie od kilku minut a zdążyłam się od niego dowiedzieć więcej, niż od was przez ten cały czas. -odpowiedziała lekko podirytowana. Jednak wszystko było kłamstwem, tak naprawdę Evan ją przerażał. Nie chciała do niego dołączyć do żadnego z nich. Lubiła być samodzielna, kochała niezależność. Jeśli jednak współpraca z jednym z nich pomoże odzyskać jej skrzydła, musiała spróbować. Wiedziała, że nie będzie do końca wierna chłopakowi. Zależało jej tylko na powrocie do domu, a jeśli chłopak mówił prawdę. Miała coś z nim wspólnego i zamierzała przekonać się co. - Uwierz mi, musisz to zrobić, - widziała w jego oczach błaganie. Przybrał całkowicie bezbronną pozę a w swoich oczach umieścił tyle bólu, że Evangeline zawahała się. - Chociaż ten jeden raz. - Dość! - Przeraźliwy krzyk Evana zepsuł całą atmosferę. - Nie będziemy się tak bawić. Uniósł ręce nad głowę, skupił się na wypuszczeniu mocy. Czuł jak jej przepływ, kopie go prawie jak prąd. Po chwili jego moc była wolna, cała energia znajdowała się w powietrzu. Przybrała postać ciemnej masy, która ruszyła na Dastana, Niezidentyfikowany kształt oplótł go jak kokon. Chłopak krzyczał i wił się, starając zdobyć dla siebie trochę powietrza. Evangeline skoczyła na atakującego, sama nie wiedziała dlaczego to zrobiła. Przecież nie dawno go broniła. To był impuls, w tamtym momencie kształt rozprysł na miliony małych kawałków. Po chwili jakby wyparował. Wszyscy wydawali się zaskoczeni. Nagle dziewczyna wstała, cała buzowała. Nie kontrolowała siebie, jej magia wydawała się żyć własnym życiem. Zerwała się wichura, piasek wpadał im w oczy. Ktoś krzyczał, lecz nie mogła zrozumieć o co chodzi. Słyszała jedynie swoją pulsującą krew. Mieli ograniczoną widoczność, wszędzie latały liście. Nie czuła nic, poza chęcią wydostania się stąd. W jej dawnym świecie nic takiego by się jej nie przytrafiło. Nie stałaby w środku walki, miałaby normalne życie, gdyby nie to cholerne zesłanie. Jednak nie wiedziała co znaczyło dla niej "normalne życie". Wspomnienia nadal nie wróciły, czuła pustkę zarówno w sercu jak i w głowie. Nadal nie mogła sobie przypomnieć paru spraw. Tak jakby ktoś wyczyścił jej umysł z ważnych wspomnień. Nie wiedziała czemu została zesłana, nie pamiętała swojej rodziny, nie miała pojęcia czym była. Jedna wielka pustka, ten wybuch był aktem rozpaczy. Wyrzuciła z siebie wszystkie skrywane emocje, gniew, smutek, żal, tęsknotę. Nikt nie mógł jej pokonać, była silna. Spokojnym krokiem podeszła do mężczyzn leżących na ziemi, nie zdążyli się otrząsnąć. - To nie wy ustalacie zasady tej gry. - powiedziała tak cicho, że nie była pewna czy ją usłyszeli. Skierowała mgiełkę mocy w stronę drzewa i wyrwała je wraz z konarem. Rzuciła nim w stronę chłopaków, przygniotła ich tak, że nie mogli się ruszyć. - Teraz nie wstajemy. - krzyknęła im w twarz. Posłusznie wykonywali jej polecenie, nawet nie drgnęli. Przy pomocy mocy wdarła im się do umysłu, ciemna mgiełka przeszukiwała skrytki ich podświadomości. Evan pokazał, że jest otwartą księgą, nie blokował jej. Zobaczyła momenty z jego, życia. Wojny, kłótnie, zdrady, ale również szczęśliwe chwile, zwycięstwa a co najdziwniejsze, zobaczyła Dastana stojącego obok niego, razem świętowali zwycięstwo. Stali na szczątkach koloseum, cali we krwi rzucili się na siebie ze śmiechem. Wygrali. Potem obraz się zmienił, widziała śmierć wielu aniołów, Nie rozumiała czym była wywołana, dopiero gdy poszła dalej zobaczyła czarnowłosego anioła. Stał nad wszystkimi zwłokami i patrzył na nie z szaleńczym uśmiechem. Dziewczyna się przestraszyła, nie można było zabić anioła, a jednak Dastan to zrobił. Spróbowała wedrzeć się do jego umysłu, ten jednak ją blokował. Na jej twarzy malowała się wściekłość przeplatana z rozpaczą, od razu zauważyli, że coś jest nie tak. Zdjęła z nich konar i odeszła kilka kroków do tyłu. Wzięła kilka głębokich wdechów i chłodno przeanalizowała sytuacje. Jeden z nich może zabijać upadłych, jest w sojuszu z Loane, nie wie o nim nic. Drugi zaoferował jej pomoc, był potężny i z nim miała szanse wrócić na szczyt. Wybór był prosty, nie będzie się wahać. - Nie będę działać na waszych zasadach, to wy będziecie tańczyć jak wam zagram. - jej głos był oschły i zimny. Wydawało się, że zabije ich wzrokiem. - Mam zamiar wrócić na szczyt a jeden z was mi w tym pomoże. Po wypowiedzeniu tych słów, zaczęła ją potwornie boleć głowa. Momentalnie upadła, krzyczała, wiła się z bólu. Jeszcze nigdy nie czuła czegoś takiego. Ostatnią rzeczą, którą udało się jej zobaczyć, był Evan próbujący podbiec do niej, jednak ktoś go złapał za rękę i powalił na ziemie. Dziewczyna zemdlała z bólu, nie mogła już tego wytrzymać. Obrazy zaczęły napływać do jej podświadomości jak szalone. Wszędzie widziała te zielone oczy, czuła niewyobrażalny ból, chyba nadchodził jej koniec. Nigdy nie myślała, że tak właśnie zginie. Stała na jakiejś ciemnej sali, nie było żadnych okien ani nawet lamp. Ledwo mogła zobaczyć własne ręce, a co dopiero kogoś przed nią. Wyrzuciła z siebie małą mgiełkę mocy, która otuliła ją jak koc. Zielone oczy jej towarzysza poznała by wszędzie, już przyszedł. Rzuciła się mu na szyje, stali tak przez dłuższy czas po prostu ciesząc się swoim dotykiem. Dopóki nie przerwało im czyjeś chrząkniecie. Szybko odskoczyli od siebie i podeszli w stronę tajemniczego głosu. - Zrobiliście to o co was prosiłem? - jego głos był niezwykle ostry. Zdziwiło to ich, gdyż zawsze wydawał się przyjazny. Oczywiście, że wykonali zadanie. Zawsze robili to co im kazał, nienawidziła tego, że poniekąd była jego marionetką. Jednak cena tego sojuszu jest niezwykle wysoka, nie zamierzała z niej rezygnować. Byłą pewna, że on też tak myśli. - Tak, co mamy robić teraz? - jego głos, nawet teraz wydawał się niezwykle pociągający. - Długo będziemy jeszcze to ciągnąć? On się tylko zaśmiał, Evangeline zauważyła, że nie był tutaj w pełnej postaci. Nie miał ciała, nie mógł im nic zrobić. Był tylko duchem, którego nie musieli się bać. Miała nadzieje, że nikt tutaj nie wejdzie. Zabezpieczyli się magią ale każde zaklęcie jest do przerwania. Nie wierzyła, że wplątała się w tak wielką intrygę. Nie powinno jej tu być, doskonale znała konsekwencje swoich czynów. - Moi kochani, wasza rola tutaj dawno się już skończyła. - zaśmiał się szaleńczo. Patrzył się na nich morderczym wzrokiem, odeszli krok w tył. - teraz zmienicie otoczenie Wtedy zobaczyła jego twarz, ostre rysy, niebieskie włosy, pełne usta. Zrozumiała co to znaczy, wrobił ich, zaraz ktoś tu przyjdzie i zobaczy ją rozmawiającą z zesłanym. Musiała uciekać, rzuciła się w stronę drzwi chcąc zaoszczędzić czas. Nie pozostało jej go wiele, a musiała załatwić parę spraw. Poczuła jak jej głowa eksplodowała, zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć. Została wyrwana ze wspomnień. Wydawało jej się, że ta wizja trwała wieki, w rzeczywistości było to zaledwie kilka sekund. Nie wiedziała co się dzieje, leżała na ziemi wśród robaków, liści i złamanych gałęzi. Słyszała odgłosy walki, ponownie rzucili się sobie do gardeł. Chociaż wizja się skończyła, ból nie ustawał. Zaczęło cicho płakać, pojedynczy łzy płynęły po jej policzkach. Nie miała pojęcia co przyniesie przyszłość. Jednego była pewna, nie ważne co oferuje jej Evan, nigdy się do niego nie przyłączy po tym co zobaczyła.
A więc skończyłam :) Dzisiaj trochę krócej ale mam nadzieje, że było dużo emocji :) O postaci Dastana i Evangeline wiecie jeszcze niewiele ale za to opowiedziałam trochę o Evanie :) Przy okazji chciałam powiedzieć, że mam cały pomysł na tą książkę. Na chwile dzisiejszą będzie mieć dwie części po około 20/30 rozdziałów. Zależy jak się z wszystkim zmieszczę. A potem mam zamiar napisać osobną o jej Upadku. Mam nadzieje, ze ktoś zostanie, żeby to czytać :) Napiszcie w komentarzach jak wam się podobało.
Jak zauważyliście opisałam tylko zdarzenia w, których uczestniczyła Vange. Zrobiłam to dlatego, ponieważ mogłaby się wydać, że drugą główną bohaterką jest Loane. A tak nie jest, w najbliższych rozdziałach chce wam przybliżyć postać Charlotte, ktoś ją zauważył? Pojawiła się już chyba trzy razy :)
Trzecia sprawa, kolejny rozdział dodam na początku września :) Teraz wyjeżdżam i będę miała dużo czasu na pisanie więc pewnie uda mi się napisać od razu dwa rozdziały. Jednak wrzucę je z pewną przerwą czasową.
Chciałam również podziękować za wszystkie gwiazdki, komentarze i wyświetlenie, które naprawdę mnie motywują :) Jesteście najlepsi!
Dobra koniec ogłoszeń parafialnych, mam nadzieje, że podobał wam się rozdział :)
poniedziałek, 27 lipca 2015
ROZDZIAŁ 3
Gorące promienie słońca uderzały ją w twarz. Dziewczyna czuła wielką chęć powrotu do dawnego życia. Ziemia była dla niej obca, czuła się tu odmieńcem. Blizny po skrzydłach nadal się nie zagoiły. Nie wiedziała ile potrwa ten proces. Nienawidziła myśli, że nie poczuje już tego ciężaru na plecach. Nie uniesie się więcej, jest skazana na ziemie. Czuła się jak Andromeda przykuta do skały, wiedziała jednak, że nie ma swojego Perseusza. Nikt jej nie uratuje. Rozejrzała się, promienie słoneczne raziły ją w oczy i ograniczały widzenie. Nie mogła dostrzec wiele, jasno niebieski ocean, złoty piach i masa ludzi z czego zwróciła uwagę tylko na jednego. Chłopak o neonowych niebieskich włosach zmierzał w jej stronę. Podciągnęła kolana pod brodę i splotła ręce wokół kostek. Było jej obojętne czy idzie do niej czy zaraz ją minie. Z jednej strony potrzebowała towarzystwa a z drugiej chciała być sama. Jednak on wybrał jej towarzystwo. Niebieskowłosy zmierzył ją wzrokiem, zaraz po tym przysiadł się do niej. Fala mocy prawie jej nie położyła. Jak mogła tego wcześniej nie zauważyć? Fakt, było tu tyle ludzi ale taka energia była wręcz niespotykana. Rozbolała ją głowa, przed oczami zaczęło robić się ciemno. Wiedziała, że wizja nadchodzi. Wtedy nieznajomy złapał ją za nadgarstek, czuła przepływającą między nimi moc. Napięcie na jego twarzy było widoczne. Żyłka na czole nerwowo mu pulsowała. Bo chwili puścił nadgarstek Vange, jego mięśnie rozluźniły się w sekundę.
- Nic ci nie jest? - spytał zatroskany. Nemezis wolno pokiwała głową i szybko wymamrotała "jest okay". Nie wierzył jej. - Twoje oczy, zaczęły....-głośno przełknął ślinę. Nie dokończył i a w głowie Vange zaczęło kłębić się mnóstwo pytań.
Odsunęła się trochę od niego, była pewna, że przysłała go upadła. Tam gdzie miesza się Loane, zawsze są kłopoty. Patrzył na nią najniewinniejszym wzrokiem jaki w życiu widziała. Gotowa była uwierzyć we wszystko co powie, wydawał się taki nieszkodliwy. Kolorowe włosy opadały mu na twarz, kilka niesfornych kosmyków latało w te i we w te. Malahitowe oczy na zawsze zapadły je w pamięć. Ubrany był w luźną zieloną bluzkę, pasującą do jego oczu i krótkie szorty, dzięki czemu widać było jego umięśnione nogi. Szybko się otrząsnęła, nie wiedziała kim a właściwie czym był ten facet. Jego wygląd był pułapką, wiedziała to. Ona nie leci na ładne buźki, nie daje się zauroczyć pierwszemu lepszemu. Musiała odejść stąd jak najszybciej, nie chciała mieć z nim do czynienia. On jednak zaczął przysuwać się niebezpiecznie blisko niej.
- Co świeżo zesłana robi tutaj sama? Czy nie powinnaś być już w świcie Dastana. - zapytał ironicznie.
Początkowo nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie miała pojęcia kim jest wspominany chłopak. Jedno ją dziwiło, była przekonana, że to Loane rządzi. Cóż najwyraźniej się myliła.
- To chyba raczej ty powinieneś się tłumaczyć co tutaj robisz. Wiem, że nie jesteś upadłym. - odpowiedziała udając nie zainteresowaną. W rzeczywistości obchodziła ją odpowiedź. Była ciekawa kim jest tajemniczy chłopak.
-Jeszcze mało wiesz o świecie, kochana. Całe życie byłaś więziona, nie dopuszczali cię do informacji. - bawił się jej emocjami i najwyraźniej świetnie się przy tym bawił.
Wzięła do ręki kamyk i rzuciła nim przed siebie. Dało się usłyszeć głośny plusk gdy zderzył się z taflą wody.
- Zdziwiłbyś się ile wiem. - wysyczała przez zaciśnięte zęby i posłała fale mocy w stronę chłopaka. Momentalnie upadł, zaczęły nim wstrząsać silne torsje. Nie tylko on miał moc.
Dziewczyna wstała i zrobiła rundkę wokół leżącego chłopaka. Czuła się wspaniale, nie lubiła osób jego typu. Cieszyła się jego bólem, nic nie mogło zepsuć tej chwili. Nie miała zamiaru go zabić, chciała tylko trochę podręczyć. Postawiła stopę na jego brzuchu, wbijając mu tym obcas w ciało. Wybuchnął śmiechem, był w doskonałym stanie co było zaskakujące w porównaniu z tym co działo się przed chwilą. Vange była zdezorientowana.
- Przyszedłem tu, żeby ci pomóc a ty zaczynasz mnie atakować - powiedział z wielkim uśmiechem na ustach. Tym razem nie wydawało się, że chce na nią wpłynąć. Był po prostu szczery. - A ty mi się tak odwdzięczasz. Jestem trochę smutny. - dodał chociaż było widać, że dobrze się bawi.
Pomogła mu wstać, potem chłopak spokojnym tempem zaczął kierować się w stronę lasu. Dziewczyna poszła za nim, byli z dala od wścibskich spojrzeń. Weszli do małego lasku, szła za nim przez jakiś czas. Zewsząd otaczały ją drzewa. Czuła słodkawy zapach wody, wiedziała, że jeziorko musi być gdzieś blisko. Gdyby była normalną dziewczyną w żadnym przypadku nie poszłaby za obcym facetem do lasu. Jednak ona była inna, potrafiła się bronić a teraz rozpaczliwie potrzebowała informacji. Przyjemny, leśny zapach łaskotał ją w nozdrza, polubiła las. Nie wiedziała dlaczego ale czuła się tu jak w domu. Splotła ramiona wokół piersi i przyspieszyła kroku. Chłopak poprawił grzywkę, zauważyła, że robił to często. Promienie słońca przebijały się przez koronę drzew i padały na nią. Przyciągała je, niebo domagało się jej, słońce jej pragnęło, jej miejsce było gdzieś indziej. Starała się nie wdepnąć w nic. Usłyszała trzask łamanej gałęzi, obróciła się, aby upewnić się, że nikt ich nie śledzi. Na szczęście to była tylko wiewiórka, która szybko zniknęła na drzewie.
- A więc ciągniesz mnie gdzieś po lesie nie mówiąc po co i gdzie właściwie idziemy? - odpowiedziała. Evangeline naprawdę potrzebowała tych informacji. Miała przeczucie, że chłopak coś wie. Gdyby chciał jej coś zrobić już dawno by to zrobił. Nie była bezbronna, nie musiała się go obawiać. - Pójście do lasu z nieznajomym nie jest najlepszą decyzją w moim życiu.
Niebieskowłosy stanął. Powoli obrócił się i zaczął lustrować ją wzrokiem.
- Boisz się, że cię zgwałcę mały aniołku? - parsknął śmiechem. - a nie zapomniałem, nie jesteś już aniołkiem.
Czuła jak złość się w niej gotuje, najchętniej by mu przywaliła ale wiedziała, że to nic nie pomoże. Chłopak umie się bronić a poza tym, nie przyszła tu, żeby walczyć. Zacisnęła ręce w pieści tak, że zbielały jej kłykcie. Wiatr zawiał i rozrzucił jej włosy na wszystkie strony. Wyglądała teraz pięknie a zarazem przerażająco. Była silna, ale nie wystarczająco, żeby odzyskać swoją własność, to bolało ją najbardziej. Chłopak nie odwracał od niej wzroku, stał spokojnie, byli na miejscu.
- Przejdźmy do konkretów. Po co mnie tu zaciągnąłeś? - Vange starała się tak manipulować głosem, żeby chłopak nie wykrył jej ciekawości.
Przysunął się do niej na kilka kroków, zaczął bawić się jej włosami. Jego oddech był lodowaty, prawie tak samo jak ręce. W żyłach aniołów płynie gorąca, złota krew, coś było nie tak. Zbliżył wargi do jej ucha i wyszeptał.
- Tu się zaczyna ta ciekawsza część.
***
Loane kochała być w centrum uwagi, ten dzień dał jej to czego pragnęła.
- Idę po nią. - Dastan wyszedł z kręgu i zaczął kierować się w stronę drzwi. Charlotte natychmiast rzuciła się za nim, powiedziała coś co tylko on usłyszał i przyprowadziła go z powrotem.
Dastan jak zwykle chciał zgrywać bohatera, zabierał dziewczynie rządnej władzy pięć minut sławy. On tego tak nie widział, chciał dopaść Evana i raz na zawsze z nim skończyć. Zrzucić go do piekła choć w jego przypadku nie byłoby to dobrym rozwiązaniem. Teraz wyszedł ze swojej kryjówki, wreszcie mógł go zranić ale oni go powstrzymywali. W środku się w nim gotowało, na zewnątrz udawał spokojnego. Nie mógł dać po sobie poznać jak bardzo jest zły, jego opanowanie równało się opanowaniu innych. Nawet Loane wydawała się spokojniejsza gdy się cofnął. Doskonale wiedział jak utrzymać wszystko w ryzach.
- Nie rozumiem tego. Dlaczego miałby po nią iść? Dlaczego ona? - pytał nerwowo Garret.
Był wielkim mięśniakiem, jednym z tych bezlitosnych. Krótko przystrzyżone włosy, jakby miał iść do wojska. Bluzki idealnie opinające jego wielkie mięśnie. Ciało przyozdobione bliznami nie zrobionymi na ziemi... Nikt nie rozumiał dlaczego tu z nimi był, wszyscy mieli możliwość zejścia piętro niżej. Gdy upadniesz droga na dół jest prosta, jednak ta w górę ciągnie się krętymi ścieżkami.
- Ktoś musiał nas podsłuchać gdy o tym rozmawialiśmy. - wyszeptała szybko Charlotte.
Loane wywróciła oczami, splotła ręce wokół piersi i spojrzała wyczekująco na Dastana. Miała nadzieje, że chłopak wreszcie wyjaśni im wszystko. Każdy wiedział, że skrywa jakąś tajemnice, która mogłaby ich wszystkich pogrążyć. Jednak chłopak z nikim się nią nie dzielił. Każdy był ciekaw co takiego skrywa. Jednak jego mur był zbyt silny, żeby dało się go zburzyć. Blondynka kiedyś próbowała się do niego zbliżyć w celu zdobycia informacji, jednak on był nieugięty. Potem zrezygnowała, nie było sensu naciskać. Nikt o tym nie mówi, ten temat jest tak delikatny, że lepiej go nie ruszać. Jednak Loan była głupia, wiele razy naraziła się chłopakowi i każdy kto ją znał, wiedział, że zrobi tak jeszcze wiele razy. On tylko patrzył się w jej oczy, nie miał zamiaru odpowiadać. Jego wzrok był chłodny i obojętny, dziewczyna ugięła się. Nagle w głowie Dastana zaświtał plan. Wiedział, że będą chcieli pójść za nim. Ale ta sprawa nie dotyczy ich, musiał to załatwić sam.
- Skoro Evan wyszedł, żeby spotkać się z tą świeżą. Jego ludzie zostali sami, bez głównej broni. Musicie ich dopaść. - powiedział jakby był przekonany, że to najważniejsza misja ich życia. Chciał, żeby uwierzyli, musieli uwierzyć. Nie mogło ich tam być. - musicie ich dopaść. - powtórzył.
Czuł narastające ekscytacje upadłych, byli szczęśliwi i gotowi, dokładnie o to chodziło. Jednak jedna osoba nie wydawała się przekonana, na jej ustach pojawił się złośliwy uśmieszek. Stałą dokładnie naprzeciwko chłopaka, wyszła z kręgu i wolnym krokiem kierowała się w jego stronę. Specjalnie to przedłużała, chciała dodać dramaturgii całemu zajściu. Dowiedziała się o tym, że Evan pokazał się i była w centrum zainteresowania. Każdy wypytywał ją o szczegóły, był pewien, że czuła się z tym cudownie. Gdy dziewczyna podeszła na tyle blisko, że mógł czuć jej oddech na jej policzku powiedziała oskarżająco.
- Musimy? Sugerujesz, że nie idziesz z nami? - wydawała się rozbawiona. Głupi uśmieszek nie schodził jej z twarzy. Gdy to powiedziała wszyscy wydali się trochę spięci. Świdrowali go wzrokiem, musiał być przekonujący. - boisz się Dastan? - w jej głosie było pełno jadu , wydawało mu się, że zaraz dotrze aż do jego serca i unieruchomi je na zawsze.
Jego twarz pozostawała obojętna. Poczuł ciepły uścisk dłoni Charlotte na jego nadgarstku. Wiedział, że dziewczyna na niego liczy. Nie chciał jej zawieść ani zostawić, jednak teraz miał ważniejsze rzeczy na głowie. Jeśli dziewczyna nie kłamała i zna prawdę, musi tam dotrzeć na czas i co najważniejsze sam.
- To chyba jasne, że nie idę. - powiedział jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. - ktoś musi zająć się Evanem i dopilnować, aby Nemezis nic się nie stało.
Wydawali się zdziwieni, chłopak nie rozumiał o co chodzi. Nie powiedział nic takiego, nerwowo poprawił grzywkę. Nawet Loane na chwile zaniemówiła, niestety ten stan nie był długi.
- Skąd wiesz jak się nazywa? Myślałam, że tylko ja się z nia spotkałam. - z jej twarzy można było czytać jak z książki. Nie przybrała żadnej maski. Była po prostu zaskoczona i zdezorientowana. - ukrywasz coś przed nami. Nie podoba mi się to. - pierwszy raz usłyszał cień smutku w głosie dziewczyny.
Musiał udawać jakby nic się nie stało. Nie mógł dać po sobie poznać, że właśnie popełnił błąd. Wtedy wszystko mogłoby się wydać. A z tą tajemnicą pójdzie do grobu, jeśli w ogóle pójdzie.
- Przecież to powiedziała idioci. - wywrócił oczami i przyjął całkowicie rozluźnioną pozę. Miał nadzieje, że to kupią.
Na szczęście dla niego tak się stało. Zaczęli omawiać plan, nikt poza Loane nie zwracał na niego uwagi. Wydawało się jakby mu nie wierzyła, zabijała go wzrokiem. Śledziła każdy jego ruch i w swojej głowie snuła teorie. Dziewczyna miała dobrą pamięć, ta mała zesłana nie wspomniała swojego imienia. Nie dała się tak łatwo oszukać, nie była tak łatwowierna jak oni. Miała już dokładnie ułożony plan, będzie go śledzić. Nie dzisiaj, za jakiś czas, po trochu dowie się wszystkiego. A potem go zniszczy, żeby objąć władze. Nie pozostawi na nim suchej nitki.
Dastan usiadł na fotelu i rozejrzał się po pomieszczeniu. Salon w jego domu był naprawdę duży, zazwyczaj nie spotykała się tu ścisła czołówka, „elita". Chciało mu się śmiać gdy słyszał to określenie, każdy chciał być zapraszany na spotkanie. To właśnie w tym pokoju podejmowane były ostateczne decyzje. Ale tak naprawdę wszystko było grą, każdy o tym wiedział. Liczyło się tylko przeżycie kolejnego dnia, walczyli o przetrwanie. W żadnym z upadłych nie pozostała już nadzieja na powrót a to bardzo źle. Czasami nadzieja, może być ostanią deską ratunku, tą która sprowadzi cię na brzeg.
Białe ściany, białe dywany, jakby nie widział w swoim życiu dostatecznie dużo bieli. Wszędzie wisiały obrazy znanych malarzy. Ale to wszystko było takie kruche, ludzie z czasem zapomną. Przemijanie jest jedną z tak oczywistych rzeczy, nic nie trwa wiecznie. Może to smutne ale tak jest i Dastan to wiedział. Nienawidził tego pokoju, nienawidził ich, nienawidził tego, że musi trzymać ten sekret. Najchętniej wykrzyczałby go całemu światu, ale nie mógł, został by za to zesłany.
Nie mógł marnować więcej czasu. Musiał iść znaleźć Evana i Nemezis, z tego co mówiła Loane kierowali się w stronę lasu przy jej domu. Może mówić, że nie poszła za nimi, żeby powiadomić resztę. Jednak on wiedział, że dziewczyna się bała. W jego życiu nie ma miejsca na strach, dlatego wyszedł z domu nie oglądając się za siebie.
***
Evangeline nie odsunęła się, odebrałby to jako przejaw strachu. A na to nie mogła sobie pozwolić. Zamiast tego uśmiechnęła się czym zachęciła go do dalszego opowiadania. Cieszył ją taki obrót spraw. Przynajmniej nie będzie musiała tego z niego wyciągnąć.
- A więc jak wiesz wszyscy jesteśmy upadli. Większość została zesłana w jednym czasie za bardzo duże wykroczenie. - mówił do niej jak do dziecka, irytowało to ją lecz nie dała tego po sobie poznać. Chciała, żeby mówił dalej. Więc tylko kiwała głową, mówił o masowym zesłaniu. Wtedy upadli najsilniejsi, straciliśmy Serafy takie jak Abbadon i Asmodeusz, nawet Archaniołów. To były straszne czasy. - Ale są tacy o, których się już nie wspomina. Ci, którzy dopuścili się zdrady o wiele szybciej. Byłem jednym z pierwszych Archaniołów i upadłem. Teraz zostałem zapomniany ale chce wrócić, ty też tego chcesz dlatego powinniśmy połączyć siły nie sądzisz?
Evangeline poczuła jak w jej sercu rodzi się iskierka, chciał jej pomóc. Nie uważał, że to było nie możliwe. Na jej ustach wykwitł wielki uśmiech. Ma szanse na powrót, na powrót do domu. Zaczęła myśleć, jak za nim tęskni, jak tęskni za... W tamtym momencie upadła, myślała, że czaszka za chwile jej eksploduje. Nie pamiętała do czego miałaby wrócić, nie pamiętała dlaczego została zesłana. Każda próba przypomnienia sobie kończyła się wielkim bólem głowy, słyszała tysiące głosów. Tyle szeptów, lecz jeden był głośny i czuła, że rozpoznaje ten głos. Jakby część jej została zwrócona, jakby wreszcie była pełna. „Rób co ci każe..." wtedy poczuła zimne palce na swojej głowie. Otworzyła oczy i zobaczyła niebieskowłosego chłopaka. Czuła złość, nie wiedziała czemu miałaby słuchać tego głosu. Jednak była pewna, że nie świrowała i za chwile dowiedziałaby się czegoś ważnego. Kogo ma słuchać? Co się z nią dzieje? W głowie miała tyle pytań. Zacisnęła usta w wąską kreskę, nie dała po sobie poznać, że ma zastrzeżenia. A jeśli to nie jego polecenia miała wykonywać? Wolała jednak zaryzykować, jeśli ceną w tej grze były jej skrzydła.
- N-nic mi nie jest. - zająkała się, gdyż jeszcze nie otrząsnęła się po upadku.
Nie wiedziała jak to zrobił ale zabrał od niej cały ból i szepty z jej głowy. Był silniejszy, był jednym z pierwszych. Musiała w najbliższym czasie spytać go za co został zesłany. Wstała i otrzepała się z igieł sosny pozostałych na jej spodniach. Jedno jej nie pasowało, skoro chce wrócić to po co mu ona? Dlaczego wybrał akurat ją?
- Dlaczego wybrałeś mnie? - powiedziała a w jej głosie słychać było obawę. Nie powinna mu ufać bo kim on właściwie jest? Ale lepszy on niż Loane. - i jaki jest w tym haczyk? - dodała pełna rezerwy
On tylko uśmiechnął się sarkastycznie, po czym oddalił się i zaczął chodzić w kółko. Był piękny, silny i potężny a w jego oczach czaiło się coś niebezpiecznego. Podobało jej się to, chciała do niego dołączyć. Nie musiała wbijać do się do grona tamtych upadłych, mogła stać u boku kogoś silnego. Zamierzała z tego skorzystać.
- Tu mnie masz mała. Wybrałem cię bo bez ciebie nie mogę wrócić. Pewnie tego nie pamiętasz ale twój upadek ściśle wiąże się ze mną. - mówił tak jakby było mu przykro. - teraz muszę się odwdzięczyć, taka była przysięga.
Vange była skołowana, w ciągu minuty dowiedziała się tyle rzeczy. Dostała kawałek odpowiedzi na jedno pytanie ale została zarzucona tysiącem kolejnych. Jednak jeśli to prawda to jest szansa na odzyskanie tego czego pragnęła. Spojrzała się w jego oczy, to one go zdradzały. Może i miał wygląd nastolatka ale to w nich ukryte było cierpienie i troski wszystkich lat. Te oczy były stare, nie dusza czy wygląd, tylko właśnie one.
- Skąd mam wiedzieć, że nie zmyślasz. - spytała siląc się na obojętny ton.
Wtedy usłyszeli krzyk przepełniony złością. Odwrócili się w tym samym momencie, byli tak zajęci rozmową, że nie wyczuli jak ktoś się do nich skrada. Evan wyraźnie napiął mięśnie, dopiero po wyostrzeniu wzroku go zobaczył. Stał tam jak gdyby nigdy nic, po tylu latach śmiał mu spojrzeć w twarz. Evan ruszył by na niego, lecz powstrzymywał go fakt, że jest tu Evangeline. Musiał udawać, że nic się nie dzieje. Najchętniej rozszarpałby chłopakowi gardło. Niebieskowłosy spojrzał na swoją towarzyszkę. Była uśmiechnięta, kompletnie jej nie rozumiał. Zaraz rozpocznie się walka, nie powinno jej tu być. Był zły na siebie, to nie on powinien wyjść z kryjówki. Powinien tu kogoś przysłać. Patrzył się rozpaczliwie na Vange, jakby była tą prawdziwą Nemezis, bogini zemsty. Wtedy na coś by się mu przydała. A teraz? Należała do Evana, razem wrócą na szczyt, zostanie jego królową.
Wróciłam! Chyba miesiąc mnie nie było :/ Dobra najważniejsze, że w końcu dodałam rozdział ^^ Napiszcie co sądzicie o Evanie, Dastanie i Loane :) No chyba wam się spodobał, trochę się w nim działo ale to co będzie w następnym... Długość odpowiada? Nie wiem jakie jeszcze mogę mieć pytania :") Ale pisałam to ponad 5 godzin więc mam nadzieje, że nie ma tam tragicznych błędów :)
ROZDZIAŁ 2
Ostatnie co pamiętała to te nienaturalnie zielone oczy. Chwile po tym jak osiłek powiedział jej o skrzydłach, dostała silnego bólu głowy i upadła. W jej głowie pojawiło się wtedy tysiące rozmazanych obrazów. Nie mogła ich rozpoznać, nie wiedziała gdzie jest. Najgorsze było to, że nic nie zwiastowało, że te wizje mają się kiedyś zakończyć. Z tego co później się dowiedziała, dostała silnych drgawek a z jej ust zaczęła płynąć krew. Przenieśli ją do schowka i tam się obudziła, była całkowicie sama. Otwierając oczy zaślepił ją zielony blask a w jej głowie, echem odbijało się jedno zdanie ,,Idę po ciebie". Musiała wrócić, jednak wiedziała, że postara się dostać do ich grona. Nie potrafiłaby przeżyć sama, ten świat ją przerażał. Zaraz po wyjściu ze schowka usłyszała przerywany dźwięk a wtedy na korytarz wypłynęły setki osób. Przyglądała się im, chciała chłonąć najwięcej jak mogła. Zauważyła, że większość dziewczyn jest nienaturalnie wychudzona, jej ręka odruchowo pobiegła do krągłego tyłka. Nie uważała, żeby wyglądanie jak wieszak, było intrygujące w jakimkolwiek stopniu. Wystające żebra, nie były czymś dla niej. Lubiła swoje ciało i za nim by go nie zmieniła. Podążała korytarzem do wyjścia, czuła na sobie wzrok innych. Była dla nich czymś intrygującym, czymś nowym. Gdy przechodziła obok grupki chłopaków, którzy mieli maksymalnie siedemnaście lat usłyszała szmery i chichot.
- Niezła dupa. - powiedział jeden z nich, a ręka Nemezis już drugi raz w ciągu kilku minut powędrowała do jej tyłka. Dziewczyna uznała to za obelgę, stwierdziła, że naśmiewa się z niej i preferuje kościste dziewczyny.
- Dobra rozumiem, że połowa dziewczyn stąd wygląda jak wieszaki, ale czy możesz łaskawie odwalić się od mojego tyłka?! - Wrzasnęła podirytowana, a chłopcy naprzeciwko Vange spojrzeli na nią jak na idiotkę. Wybuchnęli śmiechem co prawiło ją w jeszcze większe zakłopotanie.
Teatralnie odrzuciła włosy do tyłu i odeszła, nie rozumiała tego świata.
***
Gdy weszła do domku, rzuciła się na kanapę. Była pewna, że nikogo tu nie spotka, bo jakby inaczej? Jednak się myliła, była tak zmęczona, że ledwo widziała. Jednak w jej oczach pojawił się mglisty kształt, mrugnęła kilka razy, żeby jej wzrok nabrał ostrości. Wtedy go zobaczyła, początkowo nie przypominała go sobie. Jedna z upadłych, ta blondynka. Zaczęła się do niej zbliżać. Vange oddaliła się na sam koniec kanapy, klnąc w duchu, że jedyna droga ucieczki jest dla niej zablokowana. Blondynka otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć lecz nagle przerwała. Trwała niezręczna cisza, podczas, której upadła przybliżał się do Evangeline. Usiadła na końcu kanapy, po czym uśmiechnęła się sarkastycznie.
- Myślałam, że kolejny zesłany będzie odrobinę mądrzejszy. - zrobiła przerwę podczas, której splotła swoje ramiona na piersi. - Skrzydełka? Naprawdę?
Evangeline nie wiedziała co odpowiedzieć, w milczeniu przyglądała się dziewczynie. Blond włosy od dawna nie były obcinane, przez co kilka kosmyków opadało jej na oczy. Oczy koloru lapis lazuli mieniły się w blasku słońca bijącym przez okno. Vange miała jeden dziwny nawyk, gdy się denerwowała porównywała wszystko do kolorów kamieni i kryształów. Dla niektórych może to było dziwne ale ona uważała to za coś pięknego. Kolory są czymś niesamowitym, dla niej było czymś niesprawiedliwym dawać im tylko jedną nakładkę. Szafa była w kolorze argonitu, a jej ametystowy lakier na paznokciach zaczynał odpryskiwać. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jest dziwnym przypadkiem. Gdy tak przypatrywała się oczom dziewczyny dostrzegła w nich własne odbicie. Przestraszyła się, nigdy nie wyglądała tak okropnie. Posklejane włosy, potargane ubrania, nie umyta twarz, małe ranki, od razu się otrzeźwiła.
- Jestem zdezorientowana, dopiero zostałam zesłana. To nie jest coś co dzieje się codziennie, rozumiesz? - zaczęła się bezsensownie tłumaczyć. - Ale nie wiem co cię to obchodzi! Co tu w ogóle robisz? - dokończyła już całkowicie podirytowana Evangeline.
Spojrzała się na nią dziwnym wzrokiem, nie czekał długo z odpowiedzią.
- Co tu robię? To chyba oczywiste. - prychnęła poirytowana. - To, że jesteś nowa nie oznacza, że nie zasady cię nie obejmują. Musisz trzymać się reguł albo będziemy mieli do czynienia z tymi tam. - zrobiła pauzę podczas, której uniosła wskazujący palec do góry, w stronę nieba. - Nie obchodzi mnie jak tu trafiłaś, trzymaj się od nas z daleka. - wysyczała przez zaciśnięte zęby czym bardzo zirytowała swoją rozmówczynie.
Nemezis nie lubiła gdy ktoś jej dyktował co ma robić. Teraz już na pewno nie będzie ich unikać. Blondynka wkurzyła ją całą sobą, bez zastanowienia zripostowała ją.
- Skarbie, nie jestem zwyczajną zesłaną, chyba wiesz co się stało dzisiaj rano. To jeszcze wy do mnie przyjdziecie, nie na odwrót. - powiedziała tak mile, że aż jadowicie, na co blondynka odpowiedziała zdegustowaną miną. Nie było to coś czego się nie spodziewała, miała wizje a to nie było coś zwyczajnego. Miała broń w swoim umyślę i umiała ją wykorzystać.
- Uważasz, że rzyganie krwią jest czymś czym możesz się chwalić? - tym razem krzyknęła, po czym walnęła pięścią w stół. Była zdenerwowana, żyła tu tak dobrze przez tyle czasu a teraz jakaś nowa myśli, że będzie w centrum uwagi. To było dla niej czymś niewyobrażalnym, ona chciała rządzić i udałoby się jej to gdyby nie Dastan. Był jej jedyną przeszkodą. - Jesteś żałosna, nie przeżyjesz tu długo.
Po tych słowach Evangeline wybuchła jadowitym śmiechem, gdyż wiedziała że zdenerwuje tym rozmówczynie. Udało się jej, Loane cała buzowała. Przyszła tu z zamiarem ustawienia do pionu świeżo zesłanej a ta zaczęła jej się stawiać. Nienawidziła tego, pomimo swojego charakteru uwielbiała porządek. ,,Zmiany nie przynoszą dobra, możemy tak myśleć ale tak nigdy nie jest" było jej mottem życiowym, trzymała się go od zawsze. Vange była temu przeciwna, nie traktowała wszystkiego tak bardzo serio. Czarnowłosa zamknęła oczy, poczuła wtedy silny ból głowy i zobaczyła te zielone oczy. Wtedy słowa same cisnęły się jej na język.
- Nie wiesz nic Loane, za to ja wiem wszystko. - Mówiła jak zaczarowana, nawet nie wiedziała czemu zwróciła się do dziewczyny per Loane, po prostu to zrobiła. Widziała na jej twarzy zdziwienie. - Możesz myśleć, że twoje sekrety są bezpieczne ale wcale tak nie jest. - dokończyła.
Wtedy ból ustał, Nemezis nie rozumiała nic z tego co się przed chwilą wydarzyło. Za to Loane wydawała się przerażona, zacisnęła pięści tak, że pobielały jej kłykcie i wstała z kanapy mamrocząc coś. Chwile później już jej nie było.
***
Ściany schowka były brudne od tłustych palców uczniów, od dawna nikt ich nie malował. Czuć było też okropny zapach potu, w kątach były pajęczyny. Nikt tu raczej za często nie zaglądał, jednak to było najbezpieczniejsze miejsce w całej szkole. Zapalili lawendowe świece, dzięki czemu nie było ich słychać, stara sztuczka aniołów. Nie przyszli wszyscy, nie zmieściliby się, Loane stała tam wraz z Charlotte, Garym i oczywiście Dastanem. Tego ostatniego nie trawiła, nie rozumiała jak mogli go wybrać na lidera. Czarne włosy, biała bluzka z czarną kurtką, ciemne oczy, bransoletka z wygrawerowaną datą, której nie rozumiał nikt poza nim. Ten schemat wiecznie się powtarzał, Dastan może i innym wydawał się tajemniczy ale dla niej był po prostu nudny.
- A więc co dokładnie ci powiedziała, i dlaczego przejmujemy się jakąś świeżą? - zapytał jak zwykle znudzonym głosem Dastan.
Loane wywróciła oczami, nie chciała powtarzać tego kolejny raz. Jego to i tak nie obchodziło, był obojętny na wszystko. Zawsze gdzieś znikał, nie było go gdy ktoś potrzebował jego pomocy. Przychodził kiedy chciał, robił co chciał a i tak to on tu rządził. Nie można było podejmować poważnych decyzji bez zgody pana sztywnego. Bardzo denerwowało to Loane.
- A więc tak, po tym jak odegrała tą scenkę, poszłam do niej, żeby ustawić ją do pionu. A wtedy stało się coś dziwnego, jej oczy zmieniły kolor. Stały się zielone a potem wykrzyczała, że wie wszystko. - blondynka wyrzuciła to z siebie najszybciej jak potrafiła, gdy powiedziała o zmianie, skupiła uwagę każdego, nawet Dastana. - A potem powiedziała, że wie wszystko...
Gdy to powiedziała czarnowłosy, rzucił się na nią. Zacisnął jej ręce na gardle, długimi palcami objął całą jej szyje. Nie czuła bólu, mogła oddychać ale każdy wiedział, że nie chodziło mu o zranienie jej. To był akt słabości choć nikt tego nie przyznawał. Musiał się wyżyć a ona była najłatwiejszym celem. Nie stawiała oporu, nie mogła. To nie był zwykły upadły, to był on.
- Módl się, żeby to nie była prawda. Jeśli ona wie to zrobię wszystko by zesłać cię w czeluście piekła. - Wykrzyczał jej prosto w twarz.
Nie często się denerwował, uważał to za słabość. Teraz jednak nie wiedział co robić, nikt nie mógł wiedzieć o tym co się stało. Był pewien, że Loane jak zwykle zniechęciła do nich kolejną osobę, teraz ta laska jeśli zna prawdę może zaprzepaścić wszystko. Poczuł czyjeś małe dłonie na swoich ramionach, ktoś odciągał go od dziewczyny. Rozluźnił uchwyt, po chwili całkowicie puścił dziewczynę i wyszedł z pomieszczenia tak szybkim krokiem jak się dało. Czuł, że podąża za nim mały rudzielec, jedyna osoba, która go rozumie. Charlotte była tuż za nim.
***
Między palcami obracała kopertę nie dużych rozmiarów, nie wiedziała co w niej jest. Nie poznawała ozdobnego pisma zdobiącego kopertę. Lawendowy zapach mile zapełniał jej nos. Otworzyła ją i wyciągnęła zawartość.
Droga Nemezis
Zostałaś zesłana, nie ma już od tego odwrotu.
Jednak troszczymy się o dyskrecje więc piszemy ten list.
Jesteś ciągle obserwowana przez aniołów. Twój błąd oznacza zesłanie piętro niżej.
Żeby ułatwić Ci życie przygotowaliśmy ten oto domek oraz zostawiliśmy ci tysiąc dolarów. Mamy nadzieje, że nie zaprzepaścisz swojej szansy na życie na ziemi.
Oto trzy główne zasady, których musisz się trzymać:
1.Nie zdradzaj nas
2.Nie zadawaj się z demonami.
3.Nie zapominaj o tym kim jesteś, możemy Cię potrzebować.
Nigdy nie skontaktujemy się z tobą bez powodu. Zapamiętaj treść i spal ten list.
Z poważaniem
Rada Aniołów
Nie wiedziała o co chodzi, rada nigdy nie wysłała by listu. Zanim zdążyła zrobić cokolwiek list spłonął w jej rękach. Ogień był zimny, nie czuła bólu w rękach tylko w głowie. Zamknęła oczy czekając na nadejście kolejnego ataku.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)